Kurs na marksizm w lecznictwie
Ten system zaistniał nagle i boleśnie dla polskiego społeczeństwa. W lutym 1945 r. konferencja jałtańska zmieniła granice Polski
i uzależniła ją od Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Na kilkadziesiąt lat organizacja państwa, w tym system opieki zdrowotnej, zostały podporządkowane ideologii marksistowskiej. Założeniem polityki wewnętrznej była strategia walki klasowej, a więc obrony ciemiężonych, czyli robotników i chłopów, przed ciemiężycielami, czyli burżuazją.


Wprawdzie w Konstytucji z 22 lipca 1952 r. zapisano, że obywatele PRL mają prawo do ochrony zdrowia oraz do pomocy w razie choroby lub niezdolności do pracy, jednak rzeczywista polityka zdrowotna władz państwowych zmierzała do intencjonalnych nierówności społecznych. Politycznym priorytetem stało się zdrowie robotników i chłopów, a potrzeby zdrowotne inteligencji, mającej „burżuazyjny rodowód”, schodziły na plan dalszy. Logika walki klasowej wymuszała podział społeczeństwa na ciemiężców i ciemiężonych. Tylko ci drudzy znajdowali się w centrum uwagi aktywu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), którego mottem stały się słowa: zdrowie obywatela przestało być jego własnością prywatną, stało się ważnym czynnikiem produkcji, a tym samym czynnikiem potęgi ekonomicznej i politycznej państwa.


W celu polepszenia składu klasowego inteligencji, w tym środowiska lekarskiego, dekretem z 24 maja 1945 r., władze państwowe utworzyły roczne kursy, tzw. studium wstępne, na które przyjmowano osoby planujące studia, ale nieposiadające matury, a nawet takie, które miały jedynie świadectwo ukończenia czterech klas szkoły podstawowej. Po rocznej nauce przyjmowano je na studia bez egzaminu; w zamian musieli śledzić kolegów i co najmniej raz w miesiącu przesyłać sprawozdania do Urzędu Bezpieczeństwa.


Od 1953 r. wydziały zdrowia prezydiów rad narodowych organizowały placówki medyczne przy zakładach pracy, zatrudniających ponad 400 robotników. W mniejszych przedsiębiorstwach zakładano punkty felczerskie lub pielęgniarskie. Przyzakładowe przychodnie dzieliły się na pięć typów, zależnie od charakteru produkcji i liczby zatrudnionych. W dużych fabrykach urządzano poradnie, złożone z poradni higieny pracy oraz gabinetów: internistycznego, ginekologicznego, laryngologicznego, neurologicznego, okulistycznego, rentgenologicznego, reumatologicznego, stomatologicznego, fizykoterapeutycznego, laboratorium analiz lekarskich i izby chorych. Poradnie i punkty felczerskie oraz pielęgniarskie zakładane były blisko hal produkcyjnych, aby ofiary wypadków przy pracy jak najszybciej uzyskały fachową pomoc. Ponadto założono w kraju kilkadziesiąt półsanatoriów dla przewlekle chorych robotników, aby po pracy mogli nabierać sił i wracać do zdrowia. Jeżeli robotnicy wymagali leczenia sanatoryjnego lub uzdrowiskowego, byli tam kierowani w pierwszej kolejności.

 

 

1. Otwarcie Ośrodka Zdrowia w Złotoryii, 1967 r.
2. Autobus Związkowego Ośrodka Lekarsko-Dentystycznego, lata 70.-80. XX w.
3. Ośrodek Zdrowia w Brańszczyku, 1972 r.
4. Przyzakładowa przychodnia Miejskich Pralni i Farbiarni w Warszawie, 1967 r.
5. Gminny Ośrodek Zdrowia w Adalinie, 1980 r.
6. Doraźna pomoc medyczna w autobusie Związkowego Ośrodka Lekarsko-Dentystycznego, lata 70.-80. XX w.
7. Ośrodek Zdrowia w Brańszczyku, 1972 r.
8. Ośrodek Zdrowia w Brańszczyku, 1972 r.

 

Szkoleniem lekarzy fabrycznych, pod kątem chorób zawodowych, zajęli się prof. Marcin Kacprzak (1888-1968), kierownik Katedry
i Zakładu Higieny Ogólnej Uniwersytetu Łódzkiego, a potem Akademii Medycznej w Łodzi, przewodniczący Państwowej Rady Zdrowia, ekspert WHO w zakresie zdrowia publicznego (problematykę tę poznał podczas studiów we Francji i USA) wraz z prof. Emilem Paluchem, szefem łódzkiej filii Państwowego Zakładu Higieny i organizatorem, utworzonego w 1954 r., Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi.


Władze państwowe zakładały, że inwestycje w zdrowie robotników zwrócą się zmniejszeniem zachorowalności, a tym samym wzrostem produkcji. Rzeczywiście, w latach 1949-1954 liczba wypadków przy pracy zmniejszyła się o 37%, a zachorowalność górników o 50%. Nadopiekuńczość państwa szybko stała się kulą u nogi. W Peerelu o pracę było łatwo, a wszyscy zatrudnieni mieli ustawowo zagwarantowaną wypłatę zasiłków chorobowych przez sześć miesięcy. Symulując chorobę psychiczną, neurologiczną lub inną trudną do wykrycia, można było uzyskać półroczne zwolnienie lekarskie, a potem przedłużyć je o dalsze trzy miesiące. Po dziewięciu miesiącach udawania choroby wystarczyło zwolnić się z pracy, by rozpocząć proceder w innym przedsiębiorstwie (oczywiście państwowym, bo innych nie było) albo podjąć starania o przyznanie grupy inwalidzkiej i stałą rentę. Jeżeli inwalidztwa nie potwierdzono, pozostawała możliwość odwołania się od decyzji i otrzymania za okres wsteczny, obejmujący nawet kilka miesięcy, renty ›z urzędu‹. Jeszcze inną możliwością było wzięcie zwolnienia lekarskiego na pół roku, przepracowanie miesiąca i ponowne rozchorowanie się. Zdarzali się spryciarze, którzy przez wiele lat wyłudzali zwolnienia lekarskie, by w końcu uzyskać prawo do emerytury z racji zatrudnienia. Problem dotyczył wszystkich zatrudnionych, ale w największym stopniu robotników, którzy symulowali, aby uzyskać dni wolne od pracy i dorobić „na boku” lub – jeżeli mieli kawałek ziemi i byli tzw. chłoporobotnikami – wykonać sezonowe prace polowe. O ile w 1955 r. na 100 zatrudnionych przypadało 1140,6 dni abstynencji chorobowej, to w 1970 r. – 1343,5 dni, a więc statystyczny pracownik korzystał ze zwolnienia przez dwa tygodnie.


Obowiązujące przepisy demoralizowały pacjentów i zachęcały ich do nieuczciwości, wobec której lekarze pozostawali bezsilni. System chronił cwaniaków. Kiedy Michał Sobków, inspektor Zakładu Ubezpieczeń Społecznych do spraw orzecznictwa o czasowej niezdolności do pracy, został zaproszony na konferencję do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, usłyszał jednego z działaczy partyjnych mówiącego: U nas trzeba koniecznie coś zrobić z lekarzami (…), ludzie nazywają ich gestapowcami. Wydają zwolnienia jak na lekarstwo. Tak dalej być nie może! Jeżeli nie zrobi się z tym porządku, to ludzie sami się z nimi rozprawią, bo docierają już do nas takie opinie!.


Drugim ideologicznym priorytetem Polski Ludowej było zdrowie chłopów. Jak w 1945 r. stwierdził Marcin Kacprzak: Większość naszej ludności wiejskiej rodzi się i umiera nie widząc lekarza. Po wojnie Skarb Państwa był pusty i trzeba było szukać realnych, tanich rozwiązań. Stały się nimi przodownice zdrowia, czyli higienistki, młode kobiety zamieszkałe na terenach wiejskich, dla których zorganizowano kursy w dziedzinie podstawowej wiedzy medycznej, pielęgniarskiej i sanitarnej. Początkowo resort zdrowia zakładał, że – po zakończeniu reformy rolnej, a więc po 1948 r. – w każdej wsi będzie pracować higienistka, w każdej gminie pielęgniarka, a dla dwóch-trzech gmin zostanie zatrudniony lekarz.


Teorii w czyn jednak nie wprowadzono, argumentując, że nie powinno się finansować z funduszy państwowych świadczeń zdrowotnych dla rolników indywidualnych. Powszechna i bezpłatna opieka medyczna dla ludności wiejskiej pozostawała papierowym zapisem do 1972 r., kiedy wszystkich rolników objęto ubezpieczeniem zdrowotnym. Do tego czasu, a więc przez ponad ćwierć wieku, wiejski system opieki zdrowotnej stanowił przede wszystkim narzędzie kolektywizacji i ideologicznej transformacji mieszkańców wsi. Punkty medyczne (pracowały w nich pielęgniarki, a lekarze dojeżdżali w razie potrzeby) i izby porodowe zakładano tylko przy państwowych gospodarstwach rolnych oraz wiejskich spółdzielniach produkcyjnych, podczas gdy rolnicy indywidualni skazani byli na poszukiwanie pomocy lekarskiej na własną rękę.


Dopiero w latach siedemdziesiątych zbudowano wiejskie (potem przemianowane na gminne) ośrodki zdrowia, obejmujące 3-5 tysięcy mieszkańców z okolicznych wiosek. W ośrodkach usytuowano przychodnie i apteki, a także służbowe mieszkania dla lekarzy i farmaceutów, zwiększające atrakcyjność osiedlania się z dali od miasta.


Nadmiar lekarzy i farmaceutów w dużych miastach, przy równoczesnym deficycie w małych miejscowościach, skłonił resort zdrowia do radykalnych działań, w postaci wydawanych absolwentom akademii medycznych nakazów pracy. Ministerstwo zrezygnowało z nich dopiero w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy to dysproporcje się zmniejszyły, ale zabrakło funduszy na rozwój wiejskiej opieki medycznej.

 

Pacjenci oddziału dziecięcego Szpitala Miejskiego w Olsztynie, lata 70. XX w. oraz Laboratorium Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, 1969 r. (po lewej i prawej)

 

Dużo pacjentów, mało lekarzy
Wbrew pozorom, w Peerelu lecznictwo nigdy nie uległo całkowitej sowietyzacji. Dzięki zdecydowanemu stanowisku Marcina Kacprzaka, polscy lekarze nigdy nie utracili prawa do prowadzenia prywatnej praktyki, a także do zakładania spółdzielni usług medycznych. Władze państwowe poszły na ustępstwa, bo były przekonane, że fenomen prywatnej praktyki lekarskiej wygaśnie samoistnie, kiedy całe społeczeństwo zostanie objęte ubezpieczeniem zdrowotnym. Partyjnym działaczom wydawało się nieprawdopodobne, że ktoś uprawniony do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych, mógłby szukać odpłatnej pomocy lekarskiej. Rzeczywiście, odsetek ubezpieczonych systematycznie zwiększał się. O ile w 1939 r. (władze państwowe PRL lubiły wykazywać przewagę nad II Rzeczypospolitą) tylko 14% Polaków posiadało ubezpieczenie zdrowotne, to w 1954 r. już 54%. Prawo do bezpłatnego leczenia przyznano najpierw osobom zatrudnionym w państwowych zakładach pracy oraz ich rodzinom, a także członkom spółdzielni produkcyjnych, żołnierzom i kombatantom oraz ich bliskim krewnym. Ponadto bezpłatnie leczono chorych zakaźnie, w tym wenerycznie, chorych psychicznie i na jaglicę. Rzemieślnicy i rybacy latami korzystali jedynie z ulg w opłatach szpitalnych, bo ubezpieczeniem zostali objęci dopiero w 1972 r., tak samo jak rolnicy indywidualni.


Stopniowe zwiększanie liczby ubezpieczonych spowodowało, że państwowy system opieki zdrowotnej wprost dławił się tysiącami pacjentów, uprawnionych do bezpłatnej opieki medycznej, wobec braku odpowiedniej liczby lekarzy (podczas wojny zginęła ich prawie połowa).

 

W tej sytuacji życie pisało niewiarygodne scenariusze. W czerwcu 1945 r. do, prowadzonego przez boromeuszki, szpitala w Trzebnicy przywieziono chorego ze zgorzelą stopy, wymagającą pilnej amputacji. Wiedząc, że wśród aresztowanych za maruderstwo rosyjskich żołnierzy jest lekarz, siostra Juvenalis (Julia Malik), przełożona zakonnic-pielęgniarek, uzyskała jego zwolnienie. Przy stole operacyjnym okazało się jednak, że jest to student medycyny z Kijowa, który niewiele potrafi. Siostry, z powodzeniem, więc same amputowały stopę, a w następnych dniach nakłoniły niemieckiego chirurga z Wrocławia, dr Franza Klimka, aby czasowo zrezygnował z repatriacji i operował Polaków. Tak się stało i oto w jednym szpitalu pracowali na rzecz chorych: polskie siostry zakonne, rosyjski student i niemiecki chirurg.


Aby poprawić efektywność systemu lecznictwa, Komitet Centralny PZPR rzucił hasło „z całym ludem do socjalizmu” i w czerwcu 1948 r. zainicjował socjalistyczne współzawodnictwo pracy służby zdrowia, od lat praktykowane w ZSRR. Odtąd każdy pracownik służby zdrowia był oceniany pod kątem uprzejmości, punktualności, stosunku do chorych, oszczędnego gospodarowania lekami i materiałami opatrunkowymi, a także pod względem ilości wykonanych czynności zawodowych i podjętych czynów społecznych, na rzecz poprawy zdrowotności społeczeństwa. Położne rywalizowały między sobą o to, która wygłosi dla matek więcej prelekcji i odczytów o zasadach zapobiegania i leczenia biegunek u małych dzieci. Chirurdzy podejmowali się nieodpłatnego przeprowadzenia zabiegów w godzinach ponadwymiarowych, np. wybitny warszawski ortopeda, repatriant ze Lwowa, prof. Adam Gruca (1893-1983), zobowiązał się do wykonania kilkunastu operacji poza kliniką. Pracownicy Państwowego Zakładu Higieny podjęli zobowiązanie do przetłumaczenia jednej pracy naukowej na miesiąc, a studenci akademii medycznych deklarowali rywalizację o jak najszybsze ukończenie studiów. Współzawodnictwo pozwalało wyłonić przodowników pracy, którymi rzadko zostawali lekarze. Zwykle rywalizację wygrywali niewykształceni pracownicy fizyczni, salowe lub palacze w kotłowniach. Kres socjalistycznemu współzawodnictwu pracy w tej formie, prawdziwej udręki pracowników służby zdrowia, przyniosła w 1953 r. śmierć Stalina.

 

 

3. Samodzielny Publiczny Zespół Gruźlicy i Chorób Płuc, lata 70. XX w.

Reszta – Szpital Miejski w Olsztynie, lata 70. XX w.

 

Pomocnicze kadry medyczne i farmaceutyczne
Innym rozwiązaniem problemu niedoboru lekarzy, także zapożyczonym z ZSRR, było uruchomienie szkół kształcących felczerów. W latach 1950-1960 w Polsce istniało, krócej lub dłużej, aż 45 dwuletnich szkół felczerskich, które ukończyło kilkanaście tysięcy absolwentów. Po zawiązaniu Układu Warszawskiego, w maju 1955 r., zapotrzebowanie na felczerów było tak duże, że przyjmowano kandydatów w różnym wieku, od 16 do nawet 50 lat. Najzdolniejsi absolwenci uzyskiwali prawo do studiowania medycyny i byli przyjmowani od razu na drugi rok.


Podczas rekrutacji obiecywano kandydatom na felczerów szerokie uprawnienia zawodowe, jednak nigdy ich nie uzyskali. Resort zdrowia pozwalał im tylko na udzielanie porad, wystawianie recept i zaświadczeń o stwierdzonych chorobach. Efemeryczność niektórych szkół felczerskich (były takie, które istniały zaledwie kilka lat) wynikała z niemożności zapewnienia im stałego grona wykładowców. Prowadzenie zajęć zlecano miejscowym lekarzom. Przeciążanie ich pracą obrazuje przykład pochodzący z Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie dyrektor Szpitala Miejskiego Czesław Gawlikowski został zmuszony do dodatkowego wykonywania obowiązków ordynatora oddziału chirurgicznego, kierownika punktu krwiodawstwa i wykładowcy Państwowego Liceum Felczerskiego.


Niezwykłym i godnym upamiętnienia felczerem była Teresa Strzembosz [(1930-1970), jedna z trojaczków, siostra Adama, prezesa Sądu Najwyższego i przewodniczącego Trybunału Stanu, oraz Tomasza, profesora historii]. Poza pracą w szpitalu w Otwocku opiekowała się dziewczętami zdeprawowanymi. Odwiedzając różne meliny starała się nawiązać kontakt z prostytutkami, by je stamtąd wyciągnąć i przywrócić im godne życie. W 1958 r. zorganizowała, z pomocą instytucji kościelnych, pierwszy w Polsce Dom Samotnej Matki w Chylicach. Przesłuchiwana z tego powodu przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa (takie działania były wtedy nielegalne) tłumaczyła, że: przecież wolno kilku osobom zamieszkać razem, to traf, że nimi są akurat kobiety ciężarne
i młode matki.


Inny charakter miał niedobór personelu pomocniczego w aptekach, dotkliwy po ich upaństwowieniu 8 stycznia 1951 r. Doraźnym rozwiązaniem były kursy, pozwalające uzyskać uprawnienia pomocnika aptekarskiego lub technika aptecznego. Przyjmowano na nie, w pierwszej kolejności, kandydatów pochodzenia robotniczego lub chłopskiego, których w trakcie nauki, w ramach „solidarności z ludem pracującym”, angażowano do czynów społecznych, np. oczyszczania z chwastów i usuwanie gruzu z przystani przy ul. Miedzeszyńskiej w Warszawie. Z czasem problem braku pomocniczych kadr fachowych w aptekach został rozwiązany przez absolwentów techników farmaceutycznych. Podejmowali oni chętnie pracę w punktach aptecznych, zakładanych w dużych zakładach pracy i na terenach wiejskich, gdzie mieli dużą samodzielność.

 

W rozdzielniku resortu zdrowia latami pomijano potrzeby kadrowe laboratoriów analiz lekarskich, które w związku z tym zatrudniały wielu biologów, chemików, technologów żywności etc. (prawie bez wyjątku kobiety). Były to osoby zaznajomione z metodyką analiz chemicznych, a niekiedy także badań bakteriologicznych, ale pozbawione wiedzy w dziedzinie patologii i nieprzygotowane do współpracy z lekarzami. Z formalnego punktu widzenia biologów, chemików etc. nie można było zaliczyć do fachowych pracowników służby zdrowia, dlatego – mimo posiadania dyplomów szkół wyższych – osoby te zatrudniano na stanowiskach techników medycznych i nisko opłacano. Dopiero w 1970 r. na wydziałach farmaceutycznych akademii medycznych utworzono kierunek analityki medycznej. Na tej podstawie, dziewięć lat później, wyodrębniono specjalistyczne oddziały analityki przy wydziałach farmaceutycznych.


Rzadko w rozwój diagnostyki laboratoryjnej angażowali się lekarze. Wyjątkiem była dr Maria Karłowska, która z pasją zaangażowała się w powojenny rozwój diagnostyki laboratoryjnej w Poznaniu i w latach 1945-1965 zorganizowała tam cztery laboratoria analiz lekarskich. Kolejno nimi kierowała, a w czasach, kiedy nie było żadnej instytucji kształcącej laborantów, szkoliła ich.

 

 

1.-6. Szpital Miejski w Olsztynie, lata 70. XX w.

7. Delegacje z wizytą u matki 500 001 obywatela Poznania

8. Gabinet laryngologiczny w Szpitalu Specjalistycznym w Nowej Hucie, lata 60. XX w.

 

Siostry w kornetach versus siostry w czepkach
Niedobór pielęgniarek ujawnił się dopiero w latach sześćdziesiątych. Tajemnica niedostatecznej liczby pielęgniarek w szpitalach i zakładach opiekuńczych była starannie ukrywana przed społeczeństwem przez funkcjonariuszy Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (popularnie zwanego cenzurą). Działania cenzury pozwoliły wymazać ze zbiorowej pamięci Polaków fakt prowadzenia przez zgromadzenia zakonne, po II wojnie światowej, 751 placówek leczniczych i opiekuńczych, które w przeważającej większości zostały przez nie utworzone i do nich należały od wielu lat. Były to zakłady lecznicze, prowadzone po najniższych kosztach i zapewniające opiekę medyczną na najwyższym poziomie, bo siostry zatrudniały najlepszych lekarzy i troszczyły się o zakup nowoczesnego wyposażenia. Aż jedną trzecią tych placówek stanowiły szpitale, w większości w małych miejscowościach, będące tradycyjną bazą opieki medycznej nad ludnością wiejską.


W 1949 r. Biuro Polityczne PZPR zainspirowało zmiany prawne, które wymusiły na kongregacjach, fundacjach i innych organizacjach kościelnych ujawnienie wszystkich danych o prowadzonych przez siebie zakładach leczniczych, opiekuńczych i edukacyjnych. Tak powstał rejestr, na podstawie którego Urząd do spraw Wyznań (powołany rok później) inwigilował zakony i wydawał decyzje o nacjonalizacji należących do nich placówek i nieruchomości. Zachowane w Archiwum Akt Nowych dokumenty Urzędu do spraw Wyznań opisują jako szczególnie niebezpieczne dla Polski Ludowej zakony specjalizujące się w pielęgniarstwie i edukacji, np. szarytki. Za groźne dla ustroju socjalistycznego uważano także elżbietanki, bo swój zakonny charyzmat posługi cierpiącym i ubogim spełniały wizytując chorych w domach, a więc w sposób wymykający się spod kontroli aparatu bezpieczeństwa, a mogący sprzyjać ożywieniu życia religijnego.

 

W latach 1949-1958 wszystkie kościelne zakłady lecznicze i opiekuńcze zostały znacjonalizowane, a wszystkie zatrudnione w nich siostry, w tym dyplomowane pielęgniarki, zwolniono z pracy i w większości eksmitowano z zajmowanych mieszkań. Siostry broniły się mówiąc, że tracą jedyne źródło utrzymania, że nigdzie nie znajdą pracy i nie uzyskają prawa do emerytury, że państwo odbiera im nieruchomości wzniesione przed laty z zakonnych posagów i ofiar darczyńców, ale wszystko to było bezskuteczne. Kilka tysięcy bezdomnych sióstr-pielęgniarek musiało szukać schronienia w parafiach, gdzie zamieszkały w małych wspólnotach i wykonywały świadczenia pielęgniarskie w domach chorych, stając się – pewnie nieświadomie – prekursorkami hospicjów domowych w Polsce.


Walka państwa z Kościołem dotkliwie uderzała w podopiecznych kościelnych placówek leczniczych i opiekuńczych. Ilustruje to przykład z Wrocławia, gdzie w 1950 r. Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej zleciło służbom komunalnym rozebranie budynku należącego do Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia „Dobrego Pasterza”, prowadzącego tutaj dom wychowawczy dla dziewcząt opuszczonych i zaniedbanych. Administracyjnie zarządzono, że w tym miejscu ma powstać nowy gmach Politechniki Wrocławskiej i mimo protestów zakonnic na ich oczach dom wyburzono (pozostawiając piwnice z zapasami węgla do ogrzewania nieistniejących już pokoi). Inny przykład to likwidacja w 1959 r. krakowskiego Stowarzyszenia Pań Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, obecnego na ziemiach polskich od 1855 r. i zaangażowanego w pomoc ludziom biednym i starym. Władze państwowe przejęły nieruchomość Stowarzyszenia, w której prowadzono tanią kuchnię i przytułek dla inwalidów wojennych oraz staruszek. Podopiecznych wywieziono w nieznanym kierunku, prawdopodobnie do innego, ale już w pełni świeckiego, domu opieki.


Na miejsca zwalnianych sióstr-pielęgniarek angażowano salowe, przeszkolone na kilkumiesięcznych kursach ideologicznych, a nie medycznych. Poziom opieki nad chorymi znacząco się wtedy obniżył. Z badań przeprowadzonych przez Piotra Ernsta wynika, że w latach 50. XX w. w Szpitalu Miejskim w Gorzowie, na oddziale położniczym pracowały w charakterze pielęgniarek tylko osoby przyuczone (w tym jedna jako oddziałowa), a na oddział laryngologiczny nie przyjmowano dzieci, bo zatrudniona tam była tylko jedna pielęgniarka, będąca zarazem oddziałową. Zdarzało się, że przyuczone pielęgniarki mylnie podawały leki i spały na dyżurach, a noszowi odmawiali wykonania poleceń. Tylko w 1953 r. z gorzowskiego szpitala zwolniły się, na własną prośbę, 63 salowe, które odeszły z powodu bardzo niskich zarobków. Aby zwiększyć atrakcyjność pracy, utworzono chór i zespół taneczno-recytatorski, by personel szpitala mógł spełniać się twórczo. To jednak nie zahamowało ucieczki pracowników fizycznych.

 

 

1. Dziewczynka opatrywana przez pielęgniarkę szkolną, lata 80. XX w.
2. Instytut Reumatologii w Warszawie, 1971 r.
3. Szpital Ginekologiczno-Położniczy w Warszawie, 1977 r.
4. Pielęgniarka przy inkubatorze w jednym ze szpitali noworodkowych, lata 80. XX w.

 

Na czarnej liście
Lekarzom i farmaceutom trudno było pogodzić się z koniecznością zaniechania szlachetnych inicjatyw obywatelskich, podejmowanych przed 1939 r. Nieszczęsne doszukiwanie się wroga wewnętrznego we wszystkim, co przedwojenne, sprawiało, że nie wolno było wskrzeszać działań fundamentalnych dla zdrowia publicznego. Nie można było zatem reaktywować Polskiego Komitetu do Zwalczania Raka, chociaż przyczynił się do powstania systemu opieki onkologicznej w II Rzeczypospolitej i był w tym zakresie wysoce kompetentny, ani Polskiego Komitetu Zielarskiego, który w latach 1930-1939 rozwinął na dużą skalę produkcję surowców zielarskich i leków roślinnych. Na czarnej liście znalazły się także samorządy zawodowe lekarzy i farmaceutów, które po kilkuletniej działalności rozwiązano.


Nawet tak wybitny autorytet, jak prof. Franciszek Łukaszczyk (1897--1956), twardy góral z dziada i pradziada, a do tego przedwojenny lider Polskiego Komitetu do Zwalczania Raka i pierwszy dyrektor Instytutu Radowego w Warszawie, nie był w stanie reaktywować dawnych struktur polskiej onkologii. Komitet wznowił działalność dopiero w 1982 r., staraniem prof. Zbigniewa Wronkowskiego. Warto w tym miejscu przypomnieć pełną pasji działalność lekarską prof. Tadeusza Koszarowskiego (1915-2002), dyrektora warszawskiego Instytutu Onkologii (dawnego Instytutu Radowego, powstałego przy udziale Marii Skłodowskiej-Curie), który jego staraniem został przekształcony w nowoczesne Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie z oddaną do użytku w 1984 r. siedzibą na Ursynowie. Jego zasługą było także zorganizowanie Centralnego Rejestru Nowotworów i wdrożenie koncepcji tzw. pełnoprofilowych ośrodków zwalczania raka.

 

Jeszcze trudniej przedstawiała się sytuacja przedwojennego Polskiego Komitetu Zielarskiego, który do 1939 r. zrzeszał wszystkich plantatorów roślin leczniczych, zbieraczy surowców zielarskich ze stanu naturalnego i producentów przetworów zielarskich, którego celem było przekształcenia Polski w europejski spichlerz roślin leczniczych. W marcu 1945 r. grupa osób skupionych wokół Marka Gatty-Kostyala (1886-1954), profesora farmacji stosowanej z Krakowa, powołała Polski Związek Zielarski, substytut przedwojennego Komitetu.


Trzy lata później jego uprawnienia przejęło Zrzeszenie Plantatorów i Zbieraczy Ziół, podlegające Związkowi Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, a w kolejnym roku ta oddolnie utworzona organizacja zielarska została zlikwidowana przez resort zdrowia. Stała się niewygodna, gdy zaprotestowała przeciw rabunkowej eksploatacji naturalnych zasobów roślin leczniczych, prowadzonej dla realizacji planowanego eksportu surowców zielarskich do tzw. strefy dolarowej. Stała się niewygodna, bo – poza uczonymi – zrzeszała spółdzielców i prywatnych przedsiębiorców, dla których w Polsce Ludowej miejsca już nie było. Gdańska „Pharma”, krakowska „Polherba”, łódzka „Herba”, poznańskie „Erbe” i „Herbaro”, warszawska „Ruta”, a także wiele innych fabryk i wytwórni zielarskich zostało, na początku lat pięćdziesiątych, znacjonalizowanych jako baza majątkowa dla powołanego później krajowego monopolisty – Zjednoczenia „Herbapol”.


Wszystko, co miało przedwojenny rodowód, zostało skazane na likwidację różnymi metodami. Np. zasłużone Towarzystwo Przyjaciół Wydziałów i Oddziałów Farmaceutycznych zostało w 1947 r., decyzją resortu zdrowia, przekształcone w Polskie Towarzystwo Farmaceutyczne, skupione na rozwijaniu i popularyzowaniu nauki. Państwo ludowe, przejmując odpowiedzialność za szkolnictwo wyższe, odrzucało możliwość wspierania go z ofiarności społecznej i kształtowania przez pozarządową organizację.

 

Plakaty propagujące zdrowie, lata 70. XX w.

 

Koniec samorządności
Komuniści odnosili się wrogo do organizacji lekarskich, mających przedwojenne tradycje. Reaktywowanym w 1946 r. izbom lekarskim zarzucono hamowanie rozwoju powszechnej i bezpłatnej opieki zdrowotnej, jako grożącej pauperyzacją lekarzy. Prasa atakowała izby lekarskie nazywając je reliktem burżuazyjnego ustroju, a resort obrony zabronił lekarzom wojskowym przynależności do nich. Zlikwidowano je w 1951 r., tak samo jak regionalne towarzystwa medyczne. Pełen nadzór nad lekarzami i problemami ochrony zdrowia przejął aparat administracyjny państwa, realizujący strategię wyznaczoną przez PZPR. Substytutem samorządów zawodowych wszystkich pracowników ochrony zdrowia miał stać się Związek Zawodowy Pracowników Służby Zdrowia, powołany, z inspiracji partii komunistycznej, przez dra Jana Rutkiewicza. Władze państwowe mianowały go jednocześnie prezesem, utworzonego w 1952 r., Polskiego Towarzystwa Lekarskiego.

 

Przez 30 lat godzili się z ubezwłasnowolnieniem. Po powstaniu Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” przystąpili do prac nad reaktywacją samorządu. Niestety, w grudniu 1982 r. zaawansowane prace nad odrodzeniem izb lekarskich przerwał wybuch stanu wojennego.


Jeszcze trudniej przedstawiała się sytuacja izb aptekarskich. Farmaceuci wrócili do zniszczonych działaniami wojennymi miast i nakładem dużego wysiłku uruchomili apteki, starając się jak najlepiej je zaopatrywać. Już pod koniec 1945 r. rozeszły się pogłoski, że apteki zostaną upaństwowione, aby bezpłatnie wydawać leki, co przedstawiciele samorządu aptekarskiego storpedowali jako wyraz braku zdrowego rozsądku. Podkreślali, że leki muszą mieć pewną cenę, bo są wytwarzane z importowanych surowców roślinnych lub związków syntetycznych, a spustoszone wojną państwo nie może pozwolić sobie na luksus ich rozdawania. Kiedy jednak trzy lata później resort zdrowia, w porozumieniu m.in. z Centralnym Urzędem Planowania, utworzył przedsiębiorstwo państwowe o znamiennej nazwie Zjednoczone Apteki Społeczne, nie ulegało wątpliwości , że dojdzie do nacjonalizacji systemu dystrybucji leków. Przedsiębiorstwo to najpierw przejęło apteki poniemieckie i zadłużone (m.in. z powodu nałożenia olbrzymich podatków). Nie budziły wątpliwości cele nagonki prasowej na aptekarzy, którzy rzekomo odpowiadali za wysokie ceny leków i zapomnieli o swym powołaniu dla dobra ludzkości. Wreszcie, 8 stycznia 1951 r. władze państwowe zlikwidowały samorząd aptekarski i przejęły 1522 apteki prywatne. Byli właściciele musieli kierować swoimi aptekami przez rok. Jeżeli później godzili się na zatrudnienie jako szeregowi pracownicy, zaliczano im do wysługi emerytalnej okres od nabycia apteki (lub jej uruchomienia) do podjęcia w niej pracy w nowym charakterze.


Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych upaństwowiono także wszystkie prywatne i spółdzielcze zakłady przemysłowe produkujące farmaceutyki, nici chirurgiczne, materiały opatrunkowe etc. W 1950 r. przekształcono je w Zjednoczone Zakłady Przemysłu Farmaceutycznego i ujednolicono asortyment dostępnych produktów farmaceutycznych poprzez wprowadzenie Urzędowego Spisu Leków. Tak się zaczęła historia fabryk „Polfa”.

 

 

1., 2., 4. Tarchomińskie Zakłady Farmaceutyczne Polfa w Warszawie, 1967 r.

2. Zakłady Farmaceutyczne w Kutnie, 1977 r.

 

Wielkie epidemie i inne plagi Peerelu
Wczesną wiosną 1945 r. w szpitalach, położonych na wyzwalanych spod okupacji niemieckiej terenach, zwykle zajmowanych przez wojsko radzieckie, pojawili się polscy lekarze i pielęgniarki w wojskowych mundurach. Ich pierwszym zadaniem była walka z epidemiami – najpierw czerwonki, duru brzusznego i malarii, a potem gruźlicy, jaglicy, świerzbu i chorób wenerycznych. Brakowało wszystkiego, a więc kadr medycznych, środków transportu, przepisów sanitarnych, szczepionek, leków i środków dezynfekcyjnych. Tysiące repatriantów z Kresów Wschodnich, często z żywym inwentarzem, przemieszczały się pociągami na ziemie zachodnie. Tworzono tzw. kolumny przeciwepidemiczne, które rozpoznawały ogniska epidemii i przeprowadzały dezynfekcje, a także gromadziły dane statystyczne.


W pierwszych latach powojennych lekarze pracowali w krańcowo trudnych warunkach. Dr Jerzy Bogdan Kos, przez wiele lat związany z Dolnym Śląskiem, wspominał poród odbierany na ściernisku i wyjazd do chorego drezyną, a także często praktykowane honorarium za wizytę domową w postaci osełki masła lub kosza jaj. Bieda była zjawiskiem powszechnym i sprzyjała wybuchom epidemii, trwającym nieprzerwanie do połowy lat 60. XX w.


W latach 1948-1957 odnotowano gwałtowny wzrost zachorowań na błonicę, a w latach 1951-1963 trwała epidemia polio, czyli choroby Heinego-Medina, na którą rocznie zapadało około 3000 dzieci. Kulminacyjny moment dewastującej najmłodsze pokolenie epidemii nastąpił w 1958 r., kiedy liczba zachorowań podwoiła się.


Wtedy nadeszła pomoc. Przebywający na emigracji w USA polski wirusolog i immunolog, Hilary Koprowski (1916-2013), wtedy dyrektor Instytutu Wistara, centrum biotechnologicznego Uniwersytetu Thomasa Jeffersona w Filadelfii i współpracownik amerykańskich firm farmaceutycznych, podarował Polakom 9 milionów dawek szczepionki doustnej wyprodukowanej przez koncern Wyeth. Poza wymiarem humanitarnym, dar ten miał podobno jeszcze dodatkowy kontekst. Rywalizując z Jonasem Salkiem, twórcą szczepionki w postaci iniekcji, Koprowski musiał wykazać skuteczność i bezpieczeństwo doustnej postaci leku na dużej populacji. W Polsce akcja szczepień trwała osiem miesięcy i całkowicie potwierdziła skuteczność szczepionki. W 1959 r. zachorowało około tysiąca dzieci, a cztery lata później tylko 30, przy czym liczba zgonów zmniejszyła się do dwóch.

 

Walka z epidemią ospy na ulicach Wrocławia, 1963 r.

 

Kiedy wygasała epidemia polio, wzrosła liczba zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby i zatruć jadem kiełbasianym. Złe warunki sanitarne w państwowych gospodarstwach rolnych przyczyniały się do częstych zachorowań na choroby pasożytnicze. Wszystko to było niczym wobec wybuchu epidemii ospy prawdziwej, do jakiego doszło 15 lipca 1963 r. na Dolnym Śląsku. W tym dniu ogłoszono alarm epidemiczny i nałożono kwarantannę na trzy szpitale wrocławskie: miejski, MSW i zakaźny. W następnych dniach, jak w czasach morowego powietrza, utworzono kilkadziesiąt szpitali epidemicznych i izolatoriów, w których na kilka tygodni zamykano chorych i personel medyczny. Budynki takie otaczano rozpiętymi na metalowych wspornikach linami i kordonem milicjantów, pilnujących, aby nikt stamtąd nie wydostał się do zakończenia kwarantanny. Posiłki i leki dostarczano w specjalnych pojemnikach, podobnie jak chloraminę i lizol do dezynfekcji. Jedynym łącznikiem między szpitalami epidemicznymi i światem był telefon. Kwarantannie poddano kilka tysięcy osób, a zaszczepiono cztery miliony. W sumie w 1963 r. w Polsce objawy ospy wystąpiły u 99 osób, z których zmarło siedem.


Gehenną lekarzy i pacjentów był tłok w szpitalach. Przez cały okres trwania Polski Ludowej umieszczenie kogoś na oddziale graniczyło z cudem, który spełniał się tylko przez wstawienie dodatkowego łóżka na korytarzu. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy była długa hospitalizacja, np. w 1955 r. średni pobyt w szpitalu trwał 15,4 dnia (na łóżko szpitalne statystycznie przypadało 20,2 chorych), a w 1974 r. – 13,5 dnia (na jedno łóżko – 21,6 chorych).

 

 

1.-2. Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie – Prokocimiu, lata 60. XX w.

3.-5., 7.-8. Szpital Miejski im. Edmunda Biernackiego w Krakowie, 1972 r.

6. Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie-Prokocimiu, lata 60. XX w.

 

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, głównymi przyczynami hospitalizacji były choroby układu pokarmowego (16,6%), wypadki, zatrucia i urazy (12,2%) oraz choroby układu moczowego i narządów rodnych (10,2%). W tym czasie najważniejszymi przyczynami zgonów były choroby układu krwionośnego (31,7%) i nowotwory (17,5%). Zatłoczenie panujące na oddziałach szpitalnych oficjalnie tłumaczono pędem Polaków do hospitalizacji. Faktycznie, powszechnie znanym zjawiskiem było umieszczanie w szpitalach ludzi starszych i samotnych, którym łatwiej było przetrwać w takich warunkach zimę. Nieudaną próbą rozwiązania problemu braku łóżek szpitalnych była rejonizacja lecznictwa, wprowadzona
w latach siedemdziesiątych.


Wbrew założeniom ideologicznym i propagandzie sukcesu, społeczeństwo okresu peerelowskiego było w coraz gorszej kondycji zdrowotnej. Codzienne stresy sprawiały, że po II wojnie światowej gwałtownie wzrosła sprzedaż papierosów, osiągając w końcu lat siedemdziesiątych poziom 3600 sztuk na osobę rocznie, a więc jeden z najwyższych na świecie. W 1970 r. codziennie paliło papierosy aż 64% mężczyzn i 18% kobiet. Dziesięć lat później liczba codziennie palących kobiet wzrosła(ze względu na wprowadzenie kartek na papierosy) i osiągnęła 30%. W 1982 r. Polska miała najwyższy w historii, ale także w Europie, odsetek palaczy, a mianowicie 70% mężczyzn i 50% kobiet. Warto podkreślić, że w 1983 r. paliło 43% lekarzy i 36% lekarek. W kolejnych latach liczba palaczy zaczęła się stopniowo zmniejszać. W ślad za rozwojem nikotynizmu następowała fala zgonów „odtytoniowych”. O ile w 1955 r. w Polsce udokumentowano zgon z powodu palenia papierosów 6400 mężczyzn w wieku 35-69 lat (200 kobiet), to w 1990 r. zmarło z tego powodu 45000 mężczyzn i 5100 kobiet.


Spoglądając na medycynę peerelowską z bliska, dostrzegamy, że szlachetna i piękna idea powszechnej i bezpłatnej opieki zdrowotnej pozostawała papierowym zapisem. Taki model po II wojnie przyjęły wszystkie państwa europejskie, ponieważ w ten sposób chciały skutecznie i szybko poprawić zdrowie wyczerpanych biologicznie i zubożałych społeczeństw. W państwach bloku sowieckiego, w tym w Peerelu, było nieco inaczej. Koncepcja leczenia za darmo miała ocieplić wizerunek państwa autorytarnego i poprawić samopoczucie obywateli. Tak się jednak nie stało. Po latach, wszystkie utopijne systemy, oferujące powszechną i bezpłatną opiekę zdrowotną na Wschodzie i Zachodzie, zniszczył ten sam wirus finansowego kryzysu. Osobnym wątkiem są sukcesy kliniczne polskich lekarzy tamtego czasu, ich staże w NRD czy realizowane w USA granty Fundacji Rockefellera etc, ale to już całkiem inna historia.

 

Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, 1978 r.